Strona główna
MAGRA
wczasy nad morzem

Ilość odwiedzin

715517

Ilość odsłon

1068557

 

Archiwum bloga

 

Etykiety

Ania z Zielonego Wzgórza (1)

Maja w ogrodzie  (1)

Pokoik na poddaszu (1)

Sendom domy drewniane (1)

TVN (1)

bocian (2)

bombki (4)

bombki zdobione koronką (1)

choinka (3)

decoupage (1)

dekoracje (2)

dekoracje z lawendy (1)

dekoracje świąteczne (4)

drzewko bożonarodzeniowe (1)

funkie (1)

hosty (1)

jogurt (1)

koronka (2)

krowa (1)

lawenda (1)

mleko (1)

mój dom (1)

ocet własnej roboty (1)

ogród (3)

ozdoby choinkowe (1)

ozdoby świąteczne (1)

polskie zioła (1)

prezenty (4)

pszczoły (1)

rośliny (3)

serki (1)

telewizja (1)

transfer (1)

twaróg (1)

upominki (2)

zdrowe żywienie (1)

zima (2)

święta (3)

święta  (1)

 

Mapa odwiedzin

 

Strony, które lubię odwiedzać

Jagodowy zagajnik

Green Canoe

Arte Ego

Słowiańska 7

Malowany kokon

Au Pays Des Merveilles

Efektowny ogród

Betform-art

Deccoria

 

29 wrzesień 2016 - Droga bez powrotu

Za naszym płotem (srebrne świerki na zdjęciu) biegnie polna droga, którą dojść można do następnej wsi. Czasem przejedzie tamtędy ciągnik, czasem ktoś rowerem a czasem zobaczyć można pieszego na spacerku lub idącego do wiejskiego sklepu w Kopnicy.

                Ta droga jest dla mnie cudowna ze względu na obfitość i prawdziwe bogactwo ziół i krzewów porastających pobocza. Wystarczy iść z koszyczkiem i zbierać, zbierać, zbierać… Wiosną dzika róża obsypana różowymi a czarny bez białymi kwiatami, młoda pokrzywa piękna i dorodna, rumianek bezpromieniowy, łopian, bylica, przytulia, młode listki jeżyny i maliny. Później wrotycz, jasnota, wierzbówka, wierzbownica, przetacznik, przywrotnik, maliny, jeżyny, rzepik, krwawnik, nostrzyk itp. A od września pełne witamin owoce kaliny, jarzębiny, tarniny, głogu i oczywiście dzikiej róży oraz czarnego bzu. Różnorodność i przepych są dla zbieracza obezwładniające. Tyle wszystkiego, a koszyczek taki mały. Ptaki śpiewają  obłędnie- najedzone i bezpieczne w tarninowym gąszczu. Wszystko żyje, szeleści, szumi i cyka ciesząc uszy i oczy.

                Tu widać olbrzymią hojność natury. Jakby mówiła: bierzcie co chcecie i ile chcecie, bo to przecież dla was, dla wszystkich wystarczy, dla ludzi, zwierząt, ptaków i owadów, korzystajcie z tego co prawdziwe, naturalne, dzikie i pełne energii ziemi i słońca i bądźcie zdrowi. Wasze choroby enigmatycznie zwane cywilizacyjnymi, to właśnie skutek odwrócenia się ode mnie (NATURY). A przecież ludzkość przeżyła tysiące lat bez chemicznych leków. Dlaczego wolicie tabletki z dziką różą, a nie dziką różę? Czy sądzicie, że witamina C wyekstrahowana z owocu zadziała lepiej niż kiedy ją (NATURA) podaję ją wam w synergii z pozostałymi składnikami, które tak wkomponowałam, aby wam służyły. Komu ufacie bardziej, chemikowi nawet z wieloletnim doświadczeniem czy mi, która stworzyłam wszystko?

Coś mi się wydaje, że pewnego pięknego dnia idąc zachwycona drogą usłyszałam ten delikatny głos NATURY. Usłyszałam, że proces leczenia rozpoczyna się wtedy kiedy bierzesz koszyk i wyruszasz, aby nazbierać dla siebie ziół, kiedy postanawiasz, że wykorzystasz to co rośnie w twojej okolicy, że sama to oczyścisz, przetworzysz, ususzysz, zaparzysz, wypijesz i podziękujesz komu trzeba. Kto raz spróbuje iść tą DROGĄ , skorzysta z ofiarowanych darów, ten z dużym prawdopodobieństwem na tej DRODZE pozostanie. Nie bez powodu więc osoby zakochane w ziołach mówią, że zielarstwo jest to droga bez powrotu. Potwierdzam choć, póki co, nie mam dużego doświadczenia. Zaczynam już jednak widzieć wszystko inaczej. Łąka nie jest już dla mnie zieloną połacią gruntu, ale skarbnicą pełną cudownych, prawdziwych leków- apteką. Przyglądam się jej, znajduję zioła już mi znane i takie, o których jeszcze nic nie wiem, no może tylko tyle wiem, że na pewno mają moc (bo wszystkie ją mają). To niekończąca się przygoda, bo gatunków jest wszech ogromna ilość, a moja ciekawość wielka. Czasem aż mnie to wzrusza, gdy się dowiaduję jaka ogromna moc lecznicza kryje się w niepozornej roślince. I nie wiem czy nie zrezygnuję z używania słowa chwasty. Nic nie jest chwastem, wszystko jest po coś jeśli tylko umiemy z tego korzystać.

A to mój sposób na dziką różę. Codziennie rozgniecione lub lekko zmiksowane owoce zalewam na noc letnią wodą (macerat) i piję od rana do wieczora, kiedy mam ochotę. Tą metodą róża nie traci najcenniejszych składników, gdyż jest dosyć wrażliwa na obróbkę cieplną a nawet mrożenie. Będzie jeszcze długo wisiała na krzaczkach więc myślę, że około miesiąca będę tak sobie piła. Zrobiłam też nalewkę, sok i ocet (o octach napiszę wkrótce).

Okazało się jednak, że dzbanek dziennie to za mało, bo są też inni chętni na ten witaminowy eliksir. Czasem dodaję pokrzywę

Już kilka lat temu zrobiłam ziołową serię niepotrzebnych rzeczy.

Tą roślinkę poniżej kupiłam na rynku. Nazywa się bagno zwyczajne. Rośnie w podmokłych lasach, tam gdzie żurawina. Kobietka sprzedawała ją, jako roślinę odstraszającą mole, ale ma też właściwości lecznicze. Przedawkowana jest halucynogenna i niebezpieczna jak wszystko. Dawka czyni, że coś jest lekiem lub trucizną.

Miło jest zrobić dla siebie mieszankę ziołową z własnoręcznie zbieranych i suszonych ziół. Jej energia jest o wiele większa niż z ziół kupowanych. Tu dokupiłam tylko lukrecję (jest słodka prawie jak cukier), bo to roślinka śródziemnomorska, u nas dziko nie występuje.

Lubię pokrzywę. Lecznicza jest cała roślina. Robię z niej napary i maceraty, ale moim hitem są nasiona pokrzywy w miodzie. Dla mnie super.

W miodzie zrobiłam też żurawinę (lekarstwo na przeziębienie), aronię, derenia jadalnego i czosnek. Wszystko wspomaga odporność.

Moja ulubiona książka o ziołach to „Zioła lecznicze i magiczne” napisana przez wybitnego niemieckiego etnobotanika Wolfa-Dietera Storla. Czyta się ją jak baśń. Zaczyna się tak: „Staropogański znawca ziół wziął do ręki dziewięć magicznych roślin przeciw truciźnie i zarazie. ‘Tą zieloną dziewiątką’ pokonał budzące grozę ‘małe robaczki, bez skóry i kości’, które zagnieździły się w ciemnych głębiach ciała i odbierają człowiekowi siłę. (…) W anglosaskim błogosławieństwie ziół mówi się tak: ‘ Wziął dziewięć cudotwórczych gałązek i uderzył w trującego robaka, który zakradł się, aby zniszczyć człowieka’. Stare błogosławieństwo roślin kończy się następującymi sentencjami: 

‘ Owe dziewięć ziół mają zatem moc

przeciw dziewięciu złym duchom

przeciw dziewięciu zaraźliwym chorobom

przeciw śmierdzącej truciźnie

przeciw wściekłej truciźnie

przeciw żółtej truciźnie

przeciw zielonej truciźnie

przeciw ciemnej truciźnie

przeciw brązowej truciźnie

przeciw purpurowej truciźnie

przeciw robaczywej zarazie

przeciw trującej zarazie

kiedy jakaś trucizna nadleci ze wschodu albo jakaś przybędzie z północy

albo jakaś z zachodu nawiedzi ludzkość’”.

 

Aż trudno uwierzyć, że te dziewięć magicznych ziół to opisane w książce pokrzywa, bylica, bluszczyk kurdybanek, podagrycznik, babka skrzyp polny, stokrotka, gwiazdnica i mniszek.

 

Och, zapomniałabym dodać, że moja droga do Kopnicy, ponieważ biegnie bo grzbiecie wzgórza morenowego, jest też bardzo piękna widokowo.

Zbaczając trochę z drogi można wejść do bukowego lasku długiego, ale wąskiego, gdzie środkiem wije się strumyczek.

Mam przez siebie zrobiony preparat na kleszcze i komary, taki niezbędnik do lasu i na łąki też.

W lesie jestem zawsze czujna jak ważka. Pomimo że ten jest jasny, przejrzysty i słoneczny to jednak nie chciałabym spotkać dzika a też i bajki z dzieciństwa zrobiły swoje i wyobraźnia podpowiada, że może jakaś baba jaga lub wiedźma stoi za drzewem. Nie…to tylko ja poszukuję czyśćca leśnego {#emotions_dlg.girl_witch}

Ale przyznam szczerze, że zbierając, susząc, gotując zioła, robiąc nalewki itp. czuję się czasem jak czarownica. A już bałagan w kuchni na pewno przypomina chatkę baba jagi a muszki owocówki moimi towarzyszkami są. Niewątpliwie jest w tym wszystkim jakaś magia (oczywiście biała). Wolf-Dieter Storl pisze, że tradycyjny zbieracz ziół wie, iż „Każda roślina jest czymś więcej niż tylko sumą martwych substancji w niej zawartych. Postrzega roślinę jako istotę żywą, (…) Przeżywa roślinę jako osobowość, jako istotę z długą historią na tej ziemi. Rozmawia i komunikuje się z nią, gdyż czuje, że ona nie tylko ma ciało, ale także coś takiego jak ‘umysł i duszę’, tyle że owe wyrażają się zupełnie inaczej niż u ludzi.

Na zdjęciu poniżej wrotycz, krwawnik i ruszczyk. Na następnym płatki nagietka a na kolejnym, w słoiczku, herbatka z dzikiego oregano.

Jarzębina w tym roku jest przepiękna. Jakby wiedziała, że będzie mi potrzebna. Jarzębinowy sok ma prześliczny kolor, dodaję go po łyżeczce do różnych napojów, bo sam jest zbyt cierpki.

 

Żeby nie dodawać cukru do soków mrożę je w kostkarce lub w woreczkach do lodu. Dodaję do wody mineralnej lub jakiejś ziołowej herbatki.

Nie wiedziałam, że nawet winobluszcz pięciolistkowy ma właściwości lecznicze i to zarówno liście (zbierane właśnie o tej porze kiedy się czerwienią), jak i owoce.

Z wysuszonych i zmielonych nasion sumaka octowca można zrobić przyprawę (do drobiu, baraniny, warzyw, jaj, pomidorów, ryb, ryżu i sosów) lub lemoniadę. Jest kwaśny jak cytryna. Sumak to trochę uciążliwe drzewo ze względu na ciągle pojawiające się odnogi korzeniowe, ale za to pięknie przebarwia się jesienią. Ja mam dwie odmiany zwykłą i strzępiastolistną.

Biżuterię robić z tych pięknych koralików czy nalewki i soki?

Czy da się coś zrobić z żołędzi, bo dęby w tym roku aż uginają się od owoców? Kusi mnie zrobienie mąki żołędziowej lub kawy (przepisy w Internecie), ale mam na to jeszcze trochę czasu.

Ogród też ma do zaoferowania mnóstwo leków. Ciekawą rośliną jest stopowiec himalajski o ciekawych, czerwonych owocach wielkości jajka. Słuchałam wykładu dr Henryka Różańskiego (nasz narodowy autorytet w temacie ziół), gdzie mówił, że już 2 tysiące lat temu Chińczycy wykorzystywali stopowca jako lek przeciw nowotworowy. Druga ciekawa roślinka to szkarłatka amerykańska.

Och długo mogłabym jeszcze tak pisać i pisać, ale i tak nigdy bym nie skończyła, bo zielarstwo jest studnią bez dna.

                Warto słuchać wykładów znawców ziół Kuby Babickiego (którego uwielbiam za cudowną lekkość bytu), Łukasza Lubickiego (skarbnica wiedzy o ziołach) i oczywiście wspomnianego już dr Henryka Różańskiego i innych.  Naprawdę wiele się można nauczyć.

„Pan stworzył z ziemi lekarstwa, a człowiek mądry nie będzie nimi gardził”.

                                                                                                                               Mądrość Syracha R. 38 W. 4

 

 

 

Komentarze

Twoję imię

Twój email

Treść komentarza

 

 

Przepisz kod z obrazka token

 

8 sierpień 2016 - Skarb za płotem

 


Tak to jest skarb, ta roślinka właśnie- wierzbówka kiprzyca. Zaraz to udowodnię.

                Rośnie sobie za naszym płotem od zawsze, zakwita w połowie czerwca, a że kwiaty ma piękne i trwałe więc zrywałam je na bukiety i to wszystko.


A ponieważ moje zainteresowanie ziołami rozkręca się coraz bardziej, znalazłam informacje o wierzbówce i… zakochałam się w niej.

Po rosyjsku wierzbówka kiprzyca nazywa się IWAN CZAJ (иван-чай ) oczywiście nie bez przyczyny. Robi się z niej przepyszną herbatę. Ponieważ jej historia sięga średniowiecza (wspominają o niej XII-wieczne kroniki) można śmiało mówić, że jest to herbatka starosłowiańska.

 

Nazywa się ją też KOPORSKIM CZAJEM (Копорски чай) ponieważ w miasteczku Koporie w okolicach Petersburga istniały przetwórnie wierzbówki kiprzycy.

            

   W XIX w. był jednym z głównych towarów eksportowych Rosji (obok konopi, rabarbaru, złota i futer). Iwan czaj piła cała Europa. Nie do wiary, ale Anglicy, pomimo że byli właścicielami plantacji w Indiach kupowali ogromne ilości rosyjskiej herbatki. Rosja eksportowała ją również do Holandii, Danii i innych krajów. Zachwycała się nią arystokracja i monarchowie, a to przecież najbardziej znani miłośnicy herbaty. Dla kompanii wschodnioindyjskich byłą solą w oku. I tak jak dzisiaj wielkie korporacje nieuczciwie walczą z konkurencją tak i wtedy rozsiewając plotki o szkodliwości Iwan Czaja wyrugowały go z rynku europejskiego. Po rewolucji w 1917 roku całkowicie zakończył się eksport koporskiej herbatki. Na szczęście sposób jej fermentowania nie zginął w mrokach historii. Rosjanie robią ją nadal, a zielarze, także w Polsce, starają się przywrócić do łask ten rewelacyjny napój. Nasz kraj obfituje w dziko rosnącą wierzbówkę kiprzycę, więc grzechem byłoby jej nie wykorzystywać. Ja sama poruszając się po pobliskiej okolicy zlokalizowałam pięć stanowisk wierzbówki.

                Jak więc smakuje ta herbatka?

 

Jest pyszna! Ma piękny zapach określany jako zapach dojrzałych owoców (gruszek, moreli), miodu i karmelu. Nie zawiera teiny, jak klasyczna herbata, więc można ją pić przed snem, gdyż działa uspokajająco, kojąco i lekko nasennie.

                Zawiera sześć razy więcej witaminy C niż cytryna. 100 gram koporskiej herbatki oprócz witamin z grupy B zawiera żelazo (2,3 mg), nikiel (1,3 mg), miedź (2,3 mg), mangan (16 mg), tytan (1,3 mg), molibden (0,44 mg), bar (6 mg). Zawiera też potas, sód wapń, magnez i lit. Ze względu na obecne żelazo, miedź i mangan usprawnia proces tworzenia krwi i zwiększa ochronne funkcje organizmu (uodparnia na infekcje). Wiąże i usuwa metale ciężkie, oczyszcza organizm przy różnych zatruciach (alkoholowych, radioaktywnych), korzystnie wpływa na układ immunologiczny i hormonalny. Skuteczna przy różnorodnych procesach zapalnych.

Zalecane przy takich chorobach jak: gruczolak, choroby prostaty, zniżenie libido, miażdżyca, bóle głowy, bezsenność, nadciśnienie, wyczerpanie nerwowe, zmęczenie, przewlekłe zapalenie pęcherza moczowego, choroba wrzodowa żołądka i dwunastnicy, anemia, łysienie androgenne, nadmierna keratynizacja naskórka, choroby skóry.

                Uf!!! I taki boski napój wyparty z rynku przez zwykłe herbaty obcego pochodzenia często sztucznie aromatyzowane i ulepszane.

          Sprawdza się powiedzenie „cudze chwalicie, swego nie znacie”.

 

Liście wierzbówki poddaje się procesowi fermentacji a później suszy (jak to się robi łatwo znaleźć w Internecie wbijając w Google hasło „Iwan czaj” lub „Koporski czaj”). Ciekawe jest to, że świeże liście wcale nie pachną. Dopiero w czasie fermentacji zaczyna uwalniać się piękny zapach.

                Zrobiłam zapas na całą zimę.

 

Mój dzień bez Koporskiej herbatki jest stracony. Pozbyłam się z domu kupnych herbat, bo zamierzam pić tylko tą najlepszą na świecie, rodzimą, magiczną i samodzielnie zrobioną. Uwielbiam samowystarczalność.

 

Ale to jeszcze nie wszystko o wierzbówce kiprzycy. W Rosji nazywana jest również CHLEBNICĄ lub MIELNICZNIKIEM, ponieważ jej starte korzenie dodawano do mąki, z której wypiekano chleb. Więc jesienią znów pójdę za płot, wykopię kłącza, ususzę, zmielę i dodam do mojego chleba.

                Jeśli kwiaty wierzbówki zalejemy gorącym białym winem, to otrzymamy zdrowotne winko o przepięknym rubinowym kolorze.

 

Kiedy kwiaty przekwitają wydostaje się z nich delikatny puch, z którego w Rosji robiono poduszki i kołdry.

 

Jak więc miałam nie zebrać tego puszku choćby na mały jasieczek?

 

Żałowałam tylko, że nie ma przy mnie jakiejś starej rosyjskiej kobiety, która pokazałaby mi jak się taki puszek zbiera. Byłam cała biała, nie mogłam się go pozbyć z włosów, rzęs i ubrania. Kiedy oczyszczę puszek z liści i innych zanieczyszczeń uszyję najbardziej ekologiczną poduszeczkę na świecie{#emotions_dlg.bravo}

 

Można też robić miód wierzbówkowy, ale to chyba już w przyszłym roku.

                Cieszę się, że mam tą niezwykłą roślinkę blisko. Kiedy przechodzę obok płotu, gdzie rośnie zachwycam się moim skarbem i kłaniam się nisko wierzbówce kiprzycy oraz TEMU, który ją dla nas Słowian stworzył.

              


Jak co roku o tej porze trochę lawendy.

Fajnie się śpi w pokoju, gdzie lawenda się suszy

 

Tu przemalowany na biało mebelek z transferowymi ozdobami.

 

 

Komentarze

Twoję imię

Twój email

Treść komentarza

 

 

Przepisz kod z obrazka token

 

Do góry


Strona główna :: Domki Apartament :: Ogród i okolica :: Pasje Marzeny Galeria :: Kontakt :: Cennik :: Opinie :: Kalendarz :: Prawie jak blog

MAGRA