Strona główna
MAGRA
wczasy nad morzem

Ilość odwiedzin

834393

Ilość odsłon

1241576

 

Archiwum bloga

 

Etykiety

Ania z Zielonego Wzgórza (1)

Maja w ogrodzie  (1)

Pokoik na poddaszu (1)

Sendom domy drewniane (1)

TVN (1)

bocian (2)

bombki (4)

bombki zdobione koronką (1)

choinka (3)

decoupage (1)

dekoracje (2)

dekoracje z lawendy (1)

dekoracje świąteczne (4)

drzewko bożonarodzeniowe (1)

funkie (1)

hosty (1)

jogurt (1)

koronka (2)

krowa (1)

lawenda (1)

mleko (1)

mój dom (1)

ocet własnej roboty (1)

ogród (3)

ozdoby choinkowe (1)

ozdoby świąteczne (1)

polskie zioła (1)

prezenty (4)

pszczoły (1)

rośliny (3)

serki (1)

telewizja (1)

transfer (1)

twaróg (1)

upominki (2)

zdrowe żywienie (1)

zima (2)

święta (3)

święta  (1)

 

Mapa odwiedzin

 

Strony, które lubię odwiedzać

Jagodowy zagajnik

Green Canoe

Arte Ego

Słowiańska 7

Malowany kokon

Au Pays Des Merveilles

Efektowny ogród

Betform-art

Deccoria

Foto-Gilarski - wszystko o gołębiach

 

12 września 2018 - No nareszcie!

Jeśli ktoś tego upalnego lata napisał chociaż jednego posta niech pierwszy rzuci kamieniem. Realny świat był taki zadziwiający, że zapomniałam o wirtualnym.

Takiego długiego, gorącego lata nie pamiętam. Jeśli ktoś pamięta jest chyba bardzo, bardzo stary, a może nawet jeszcze starszy. Wszystko w tym roku kwitło za szybko i za krótko, jednak obficie i przepięknie. Trzeba więc było szybko patrzeć, szybko się cieszyć i szybko zbierać zioła, kwiaty i owoce.

Nigdy nie widziałam tylu czereśni na jednej gałązce ani tak oblepionego morwą drzewa.

Róże uginały się pod ciężarem kwiatów, a hortensje zakwitły zdecydowanie za szybko.

Deszcz padał u nas jeden raz w czerwcu, jeden w lipcu, jeden w sierpniu. Pięknie wtedy wyglądały hosty, a i wszystko nabierało życia.

W tym roku przeznaczyłam mały kawałek ziemi na kwiatową łąkę. Zrobiłam to dla pszczół i innych latających potworków. Było ich tam sporo. Podoba mi się ta łączka, szkoda, że jest taka mała.

I choć niebo skąpiło suchej ziemi kropli deszczu rośliny łąkowe dobrze radziły sobie z suszą. Nie sądzę jednak, aby poradził sobie bez podlewania ogród warzywny. No, chyba, że zastosowało się eksperyment. Od dłuższego czasu przymierzałam się do niego, ale ciągle mi realizacja nie wychodziła choć lubię eksperymenty. Dyrekcja twierdzi, że u mnie im głupiej tym lepiej. Oj tam.

Zrobiłam ogród permakulturowy. Permakultura, to najogólniej mówiąc, uprawianie ziemi zgodnie z naturą. Jest to alternatywa wobec tradycyjnego sposobu uprawy. Ogród permakulturowy to taki, w którym nie przekopuje się ziemi- nigdy ani wiosną, ani jesienią. Może wydaje się to niemożliwe, ale takiego ogrodu nigdy się nie nawozi, a co najważniejsze, nie podlewa. Czy to możliwe przy suszy jaka była tego lata? Okazuje się, że możliwe. Tak to u mnie wyglądało, ani razu nie podlane od momentu posadzenia roślin.

Pierwszy koszyczek ogórków zebrałam 30 czerwca i od tego dnia zbieram codziennie do dzisiaj (12.09). Nie wiedziałam, że rosną tak długo i ciągle są jeszcze na nich kwiaty (ej ogórki dajcie już spokój).

A pierwszy obiad z moich własnych ziemniaków wycisnął mi z oczu radości łzę. Ja przecież tylko wepchnęłam (ręką, bo ziemia miękka) kilka starych ziemniaków do ziemi i kiedy wypuściły listki usypałam wokół nich kopczyki ze zrębków. To takie proste, więc opłakałam ziemniaczany obiad.


Ten w środku na zdjęciu poniżej to szpinak drzewiasty (drzewo szpinakowe). Obrywa się listki, a on sobie dalej rośnie.

Choćbym nie wiem jak się starała nie byłabym w stanie podlać tego całego terenu, który przeznaczyłam na ogród warzywny. Cała tajemnica małego sukcesu jaki już odniosłam zawarta jest w ściółkowaniu ziemi.

Przygotowywałam to miejsce już od jesieni 2016 r. Wtedy rozłożyłam jesienne liście zebrane z całego  ogrodu na wyznaczonym kawałku łąki. Od wiosny rozkładałam koszoną trawę i zbierane chwasty, a jesienią znowu liście i słomę. Wsadziłam kilka owocowych drzewek. Wiosną tego roku znowu trawa i nareszcie to co najważniejsze i najbardziej cenne jako ściółka- zrębki z gałęzi drzew iglastych i liściastych. W maju kupiliśmy rozdrabniacz do gałęzi. Marzyłam o nim od trzech lat. Moja nowa rakieta szatkuje gałęzie do średnicy 9 cm. Mam ich sporo, bo przecież ciągle coś przycinam i formuję w starej części ogrodu.

Powstają zrębki, które są najlepszym nawozem dla ziemi jaki może być. Padające deszcze i topiący się śnieg uwalniają powoli składniki mineralne (tak zwana herbatka kompostowa) zawarte w ściółce poprawiając strukturę każdej, nawet bardzo jałowej gleby. Z każdym rokiem gleba staje się coraz bardziej próchnicza i dąży do idealnego odczynu ph 7. Ponieważ nie jest co roku przekopywana nie są niszczone mikroorganizmy w niej żyjące. Ściółka nie pozwala też na przesychanie ziemi, więc po jej rozgarnięciu łopatka wchodzi jak w masło i można z łatwością wsadzać sadzonki wybranych roślin.

To takie niesamowite a zarazem proste, że nie mogę wyjść z zachwytu. Takie same procesy zachodzą w lesie. Natura co jesień przykrywa ziemię opadającymi liśćmi, igłami i łamiącymi się gałązkami. Ziemia w lesie jest lekka i próchnicza chociaż nikt nic nie robi. I znów okazuje się, że człowiek chciał być mądrzejszy od Natury i co roku przewalając ziemię, niszcząc jej strukturę doprowadził do tego, że nie może się już obejść bez ciągłego nawożenia i zwalczania chwastów (na ściółce chwasty wyrastają sporadycznie i bardzo łatwo się je usuwa).

Permakultura nie jest nowoczesną metodą uprawy, a przeciwnie- jest to prastary sposób, do którego się wraca. Ludzie widzący, że obecne rolnictwo idzie ku przepaści niszcząc ziemię za pomocą pestycydów, sztucznych nawozów i produkujące (tak produkujące, a nie uprawiające) coraz gorszej jakości żywność postanawiają zaufać ziemi, wierząc, że jest ona w stanie zregenerować się sama jeśli tylko pozwoli jej się na to.

A to towarzystwo mam za płotem mojego warzywnego ogrodu. Z tym różowym lubię sobie pogadać. Jest bardzo komunikatywny choć ma jedną odpowiedź na wszystko (muuuuuu!). Śmiech

Są ludzie, którzy od lat próbują zrozumieć jak działa przyroda i dostosowują uprawę roślin do niej, a nie odwrotnie- swoją „mądrością”, która w konsekwencji okazuje się totalną głupotą nie uwzględniając zasad funkcjonowania Natury, zadają jej gwałt niszcząc i wyjaławiając całe połacie ziemi.

Jednym z takich ludzi jest Japończyk Masanobu Fukuoka (niestety już nie żyje). Kilka lat temu po przeczytaniu jego książki „Rewolucja Źdźbła Słomy” wiedziałam, że muszę spróbować tej metody. Masanobu Fukuoka w swojej książce komentuje i demonstruje w jaki sposób traktujemy rolnictwo i jak głęboko jest ono powiązane z naszymi poglądami na zdrowie, szkolnictwo, naturę, odżywianie, duchowość i sens życia. Apeluje do nas wszystkich abyśmy odeszli od współczesnego rolnictwa i jego destrukcyjnych metod, przestali zatruwać środowisko i powrócili do naszego, o wiele bogatszego, naturalnego przeznaczenia pracując prościej, bliżej Ziemi.

Kilka moich ulubionych cytatów z tej książki świadczy jak bardzo świadomym i uduchowionym człowiekiem był pan Fukuoka.

„Doktorzy i medycyna stali się niezbędni w sytuacji, kiedy ludzie stworzyli chore środowisko”.

„Tragedia zaczyna się w momencie, kiedy bezpodstawną arogancją ludzie usiłują nakłonić Naturę do swojej woli. Ludzkie istoty potrafią niszczyć naturalne formy, lecz nie potrafią ich tworzyć”.

„Im więcej ludzie działają, im bardziej rozwija się społeczeństwo, tym więcej powstaje problemów”.

„Pierwotnie jako ludzie byliśmy szczęśliwymi istotami, lecz wymyśliliśmy trudny świat do przeżycia, a teraz próbujemy się z niego wydostać”.

Takiego jarmużu jak mi wyrósł jeszcze nigdy nie widziałam, a w nim buszuje śliczna panna Jarmużanka.

Drugą moją ulubioną książką na temat permakultury jest „Permakultura Seppa Holzera”. To Austriak, który od ponad 40 lat swoje ogrody uprawia na 1100-1500m  wysokości w rejonie Salzburga na południowym zboczu góry Schwarzenberg (45 ha). Nie do uwierzenia, że rosną tam nawet cytryny i kiwi. Sepp Holzer pisze: „Moje kultury rozwijały się przez ponad 40 lat. Miałem dostatecznie dużo czasu na ich ulepszanie i rozwój, tak by kosztowało mnie to jak najmniej pracy i przynosiło jak największe plony. Od początku wiedziałem, że muszę wzorować się na naturalnych cyklach. Dlaczego miałbym poprawiać przyrodę, skoro wszystko tak pięknie w niej funkcjonuje? Za każdym razem, gdy próbowałem ulepszyć coś wbrew przyrodzie, natychmiast stwierdzałem, że kosztowało mnie to więcej wysiłku i poniosłem większe straty. Wracałem więc na drogę natury, która okazała się jedyną właściwą drogą”.

Jako osoba absolutnie nie pedantyczna lubię też jego zdanie: „Musimy ignorować własne wyobrażenia o porządku i przyjąć do wiadomości, że „nieporządek” należy do natury”. J

Pomidory rosną jak szalone. Ciekawe czy zdążą dojrzeć przed zimą, bo jest ich mnóstwo. Nawet nie podparłam ich kijkami, leżą sobie na ściółce (ale nie gniją).

Piękną makatkę wyszywaną krzyżykami dostałam od Iwonki, która była naszym gościem. Sama kiedyś wyszywałam tą metodą, więc wiem ile to pracy. Iwonko dziękuję.

Amerykanina Paula Goutschi „poznałam” na YouTube. Po obejrzeniu filmików „Back to Eden” stwierdziłam, że nie ma już na co czekać. Zaczarował mnie ten człowiek. I tak jestem zaczarowana do teraz i chyba już się z tego nie wymiksuję.

Paul Goutschi mówi: „Stosując tradycyjne metody pracujemy ciężko, żeby zawieść”. Nic więcej nie powiem, trzeba obejrzeć filmy z Paulem.

https://www.youtube.com/watch?v=dPJxNxahpQE&t=386s

https://www.youtube.com/watch?v=im_vXF-7YdM

I kilka innych z polskimi napisami.

Rodzynek peruwiański. Dla mnie pyszny choć byli tacy co się krzywili jedząc go.

Paul Goutschi: „Pragnę aby ludzkość uświadomiła sobie, jakie to wszystko jest łatwe, proste i przyjemne. To nie jest trudne. Matka Natura nie potrzebuje pomocy. Jeśli po prostu wesprzecie Naturę, całkowicie się wami zaopiekuje”.

Zachęcam wszystkich posiadaczy kawałka ziemi do wypróbowania tego sposobu uprawy. Zamiast ciężko pracować usiądźmy na ławeczce i patrzmy jak samo rośnie. Cudownie się patrzy.{#emotions_dlg.upup}

 

 

Komentarze

Twoję imię

Twój email

Treść komentarza

 

 

Przepisz kod z obrazka token

 

3 czerwiec 2018 - Wiśniowy (k)raj

Zapytała mnie koleżanka co ja tam robię w tym Zakrzewie, bo od marca nie ma nowego wpisu, więc co ja sobie myślę tak w ogóle. Nie umiałam udzielić odpowiedzi.

Wyglądało na to, że z powodu niezbyt ładnej pogody w marcu i w kwietniu wiosna przyjdzie spokojnie i dostojnie i ze wszystkim zdążę. A tu nagle wszystko wybuchło jak…granat. Przedwczoraj o mało głowa mi się nie ukręciła ze zdziwienia, kiedy zobaczy łam kwitnące lipy. W maju…? A kto, by mi wrócił mlecze i inne wiosenne „chwasty” gdybym ich nie zdążyła zebrać? Jestem już uzależniona od picia ziół, nie mogę więc sobie pozwolić na zimowe braki majowej pokrzywy czy młodego skrzypu. Liczyłam, że tej zimy wyrosną mi jeszcze ze dwie ręce, ale nie wyrosły.

Będę więc nieaktualna pokazując zdjęcia mojego wiosennego zauroczenia, ale trudno.

W tym roku cały show skradły ozdobne wiśnie. Jesienią posadziłam ich kilkanaście i jak prawdziwy cierpliwy ogrodnik nie liczyłam na zbyt wiele po tak krótkim czasie, ale o dziwo wszystkie zakwitły. Niektóre miały tylko po kilka kwiatków, ale super, że się pokazały. Biegałam od jednej do drugiej porównując: te większe, te mniejsze, tu falbanka, tu pełne, pojedyncze, jasno i ciemno różowe, białe i cieniowane. Mam też starsze drzewa, więc było na co patrzeć.

Ktoś kiedyś chciał z Polski zrobić drugą Japonię, ale raczej nie wyszło. Ja nawet nie zamierzam próbować. Japonia to Japonia. Ale można przecież gonić króliczka.

Na zdjęciu poniżej po lewej jest rozpoczynająca festiwal wiśnia accolade. Różowy obłok na bezlistnym jeszcze świecie.

Wiśniowe płatki na ziemi są chyba jeszcze bardziej romantyczne niż na drzewie.

I tak się szczęśliwie złożyło, że znajomy znajomej postanowił zrobić sesję ślubną w naszym ogrodzie. Lepszy czas nie był możliwy. Ja zza pleców profesjonalnego fotografa też zrobiłam kilka zdjęć.

Ta malutka jeszcze wisienka w środku dwóch kolejnych zdjęć skradła moje serce. Polecam ją jako najdłużej kwitnącą i jedną z ładniejszych (kwiat jest pełny i płatki pięknie postrzępione). Nazywa się shimitsu Sakura.


Ciekawe jak będzie smakować herbatka z fermentowanych wiosennych kwiatków.

Kiedyś włożyłam do ziemi magnoliową gałązkę i po około 8 latach patyczek przemienił się w kwitnące drzewko (w środku zdjęcia).

A tu to co to?

To to po przekwitnięciu.

Moje pierwsze rabarbarowe ciasto.

Pierwszy raz zrobiłam spaghetti z chwastów, z podagrycznika i czosnaczku (nowoodkryte ziółko pachnące jak sama nazwa wskazuje). Zrobiłam pesto wg zaleceń sąsiadki wegetarianki Kasi. Do zmielonych w maszynce lub zmiksowanych ziół (mogą być też inne np. pokrzywa, lebioda) dodaje się oliwę z oliwek, mielone orzechy, słonecznik i dynię i przyprawy wg uznania. Ja dodałam jeszcze oliwki, kapary, sok z cytryny i trochę miodu, serek mascarpone i jogurt. Pyszne. Nikt nie zgadnie co stanowi bazę tego dania.

Konkurs na wiosenną czytelnię roku wygrał glicyniowy zakątek (też zakwitły za wcześnie). Nic tam jednak nie przeczytałam, oczy nie mogły skupić się na literkach, a uszy słuchały ptaków.

A tu inne czytelnie.

Taki śliczny talerzyk wypatrzyłam na targowisku w Sławnie.

Szalejące kolorami hosty.

Klona pensylwańskiego kupiłam tylko ze względu na piękną korę. Na razie jest jeszcze chudziutki, ale kiedyś…Ciekawe, czy z tych przeróżnych klonów, które mam będzie można „wyciskać” klonowy syrop. Się muszę dowiedzieć się.

{#emotions_dlg.goodbye}{#emotions_dlg.goodbye}{#emotions_dlg.goodbye}

 

 

Komentarze

Twoję imię

Twój email

Treść komentarza

 

 

Przepisz kod z obrazka token

 

nowsze wpisy   1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11   starsze wpisy

Do góry


Strona główna :: Domki Apartament :: Ogród i okolica :: Pasje Marzeny Galeria :: Kontakt :: Cennik :: Opinie :: Kalendarz :: Prawie jak blog

MAGRA